Grupa wsparcia dla polskiej Sanghi

Grupa wsparcia dla polskiej Sanghi jest kontynuacją grupy „projekt Droga”, której celem jest stworzenie w Polsce klasztoru buddyjskiego tradycji therawada. Poprzez rozluźnienie zasad umieszczania postów, „projekt Droga” zamienił się w śmietnik internetowych memów o różnej tematyce. Postanowiłem więc przejąć kontrolę nad inicjatywą, nadając jej właściwy kierunek.

Jako polska Sangha możemy już zacząć świętować pierwsze sukcesy. Jest nas bowiem coraz więcej. Kilka tygodni temu szeregi buddyjskich mnichów zasilił Marcin, który przyjął święcenia w Tajlandii. Nad przyjęciem święceń zastanawia się jeszcze Mateusz. Oprócz tego w Tajlandii jest jeszcze dwóch polskich mnichów i jeden jest na Sri Lance, z którymi utrzymuję kontakt. W Niemczech praktykuje polska samaneri.

Natomiast w Indiach jako polska Sangha posiadamy już nawet własny klasztor. Teren z leżącym na nim budynkiem został ofiarowany polskim mnichom przez społeczność lokalną. Obecnie trwają tutaj prace remontowe, by przystosować budynek do bardziej europejskich standardów. W klasztorze w Fardapur praktykować może czterech mnichów (przygotowywane są cztery pokoje) i kilku aspirantów (remontowana jest wihara). Oprócz tego udostępniono nam leżący w innej części wioski budynek na klasztor żeński, gdyby taka potrzeba zaistniała. W Fardapur dysponujemy także miejscami w wiharze położonej na uboczu oraz szałasami i jaskiniami do praktyki pełnych odosobnień.

Duże wsparcie polska Sangha otrzymuje także ze Sri Lanki, która udostępnia miejsca na uniwersytecie buddyjskim w Kolombo oraz immatrykuluje mnichów w Instytucie Buddyzmu i języka Pali. Miejsca te są oczywiście przydzielane bezpłatne wraz z zakwaterowaniem i wyżywieniem. Oprócz tego mnisi ze Sri Lanki oferują miejsca pobytu w kilkuset klasztorach należących do związku.

Także w Tajlandii polscy mnisi nie są pozostawieni sami sobie. Posiadam już sporą sieć kontaktów umożliwiających odbycia szkoleń i przyjęcia pełnych święceń w tym kraju.

W Indiach zorganizowałem już grupę mnichów wzajemnie się wspierających. Mogę rozlokowywać adeptów po wielu klasztorach, mogę organizować święcenia wszystkich stopni. Lokalnie stworzona jest grupa przeszło 10 mnichów, którzy ceremonię święceń mogą odprawiać nawet u mnie w klasztorze (gdy ten przejdzie remont).

Polska Sangha ma się całkiem nieźle. Na remont klasztoru w Fardapur organizowane są zbiórki, na które darczyńcy wpłacają szczodrą ręką. Ale ta dobroczynność ma też swoją ciemną stronę…

Przed kilkoma dniami natknąłem się na Facebooku na świeżo utworzoną grupę „Wsparcie dla polskiej Sanghi”. Napisałem niewinny post, ciesząc się z inicjatywy. Sprawy polskiej Sanghi leżą mi wszak na sercu od lat. Nie sprawdzałem inicjatorów grupy. Już po kilku chwilach zostałem na grupie zablokowany, a mój post został usunięty (zrzut usuniętego wpisu poniżej).

„Wsparcie dla Sanghi” zostało, jak się okazuje, utworzone przez ludzi związanych z Fundacją Theravada. Sama inicjatywa tłumaczenia buddyjskich książek na język polski jest chwalebna, równie chwalebne jest dodawanie polskich lektorów do mów Ajahna Brahm. Większość z tych chwalebnych prac świadczona jest nieodpłatnie przez grupę wspaniałych wolontariuszy, za swoje starania nie pobierających nawet złotówki. Tymczasem prezes fundacji z jej działalności zrobił sobie niezłe źródełko dochodów. Pod pretekstem druku książek narzuca się ze zbieraniem funduszy w każdym dostępnym miejscu, pracę wolontariuszy dając za przykład własnej. Dystrybucja książek „za darmo”, które nie zostały dobrane pod kątem wartości czytelniczej, jest jedynie produkcją ton niepotrzebnej makulatury, w znacznym stopniu przyczyniającej się do wyrębu lasów państwowych. W obecnej rzeczywistości większości czytelników wystarczają wersje cyfrowe, a jeśli ktoś kocha papier, może zawsze skorzystać z niedrogiej usługi druku na życzenie. Sam wypuszczam właśnie piątą książkę w tym systemie. Jeśli ktoś jest zainteresowany buddyzmem, może sobie taką książkę za niewielkie pieniądze zamówić, bądź przeczytać bezpłatnie na telefonie.

Polska Sangha to mnisi. Mnisi nie potrzebują pieniędzy. Rezygnują z dóbr materialnych, żyjąc prosto i niewyszukanie, by praktykować brak przywiązania. Wsparcie dla mnichów jest innego rodzaju. W Polsce także zaoferowano nam bezpłatnie budynki, w których moglibyśmy zamieszkać. Mieszkając w Indiach, na Sri Lance, czy w Tajlandii jest nam dużo prościej. Mnisi nie powinni wcale dotykać pieniędzy i zajmować się finansami. Tutaj mamy wokół siebie osoby świeckie zajmujące się zakupami, remontami, przyjmowaniem darowizn itd. Dlatego możemy tutaj praktykować. Żeby także w Polsce możliwe było utworzenie klasztoru, pieniądze wcale nie są potrzebne. Ba! Pieniądze zabijają ducha praktyki buddyjskiej. Jako Sangha nie chcemy od nikogo ani żadnych pieniędzy, ani organizowanych w naszym imieniu przez nikogo żadnych fundacji. Tym bardziej, że pieniądze te idą na prywatne konta ich właścicieli, którzy kupują sobie posiadłości, budują na nich prywatne centra medytacyjne, mające za zadanie wyłudzać następne fundusze.

Polska Sangha wychodzi z założenia, że przyjąć święcenia może każdy chętny. Dokładam starań, by każdy zainteresowany praktyką buddyjską mógł złożyć śluby i choćby na dwa tygodnie praktykować w systemie monastycznym. Ponieważ praktyka nowicjusza (niepełne święcenia samanera) nie muszą być rejestrowane w żadnym związku, śluby te są udzielane u nas na miejscu niemalże od ręki. Pełne święcenia po zdobyciu pisemnej rekomendacji przeprowadzane są na Sri Lance, w Indiach i w Tajlandii. Wymagają one cierpliwości, gdyż do przeprowadzenia ceremonii musi się uzbierać odpowiednia ilość chętnych.

Innym zauważonym przeze mnie aspektem jest różnica w interpretacji Winaji pomiędzy różnymi klasztorami. Specjalnie wybrałem się na pielgrzymkę po świecie, odwiedzając kilkadziesiąt różnych monastyrów buddyjskich. W zdecydowanej większości z nich panuje tolerancja dla innych tradycji i szkół. Mnisi therawada nie mają problemu z respektowaniem nawet mnichów tradycji tybetańskich, które z Budda-Dhammą nie mają wiele wspólnego. W klasztorze tradycji lankijskiej w Paryżu spotkałem rezydenta mahajany (zen), który pod żadnym kątem nie był tam dyskryminowany (pozostając nawet w swojej szacie). Tymczasem położone w Anglii Amaravati wymaga od rezydentów, by złożyli szaty i rozpoczęli ścieżkę edukacji w tradycji Ajahna Chah, co stoi w zdecydowanej sprzeczności z Winają, ale także ze wskazaniami Patimokkha (kodeks mnisi). Są to praktyki sekciarskie, niegodne buddyjskich mnichów.

Zebrawszy te wszystkie doświadczenia jednogłośnie postanowiłem, że polska Sangha zachowuje liberalny stosunek do innych tradycji i honoruje święcenia niezależnie od miejsca i szkoły (także wadżrajany). W kwestii wyświęceń wprowadzony zostaje model tajski, w którym każdy może przyjąć pełne święcenia, gdy tylko jest to techniczne możliwe. Święcenia, także pełne, można przyjąć na dowolny okres, nawet kilku godzin. W kwestii ceremoniału postanowiłem pozostać przy skróconej wersji lankijskiej (indyjska nie jest jednorodna). Osoby świeckie mogą przebywać w klasztorze (nocleg) po złożeniu ślubowań, choćby Upasaki. Ślubowanie to jest formalnością, którą można przeprowadzić „od ręki”.

  • 15
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    15
    Shares

We will be happy to hear your thoughts

Leave a reply

Register New Account
Name (required)
Reset Password